Zapomniane Obozy
 
Bernard Trojanowski
Urodził się 21 września 1932 we wsi Mierzyń niedaleko Nowego Miasta Lubawskiego. W czasie okupacji niemieckiej rozpoczął naukę w szkole powszechnej. 19 listopada 1941 z powodu odmowy podpisania przez ojca listy narodowościowej, cala rodzina została aresztowana i uwięziona w obozie w Smukale niedaleko Bydgoszczy. W lutym 1943 rodzinę przetransportowano do Potulic, gdzie pan Trojanowski jako 10-letnie dziecko został zmuszony do pracy na terenie obozu. W lecie 1943 i ponownie w 1944 roku trafił do Kittenhof, gdzie zatrudniony był przy pracach polowych w okolicznym majątku. Po wojnie kontynuował naukę, zdał egzaminy czeladnicze na ślusarza i kowala. W latach 50. przeprowadził się z Mierzynia do Gdańska, pracował w Stoczni Gdańskiej.
 
Praca niewolnicza
Więźniowie byli wykorzystywani, bo podstawą dla więźnia była praca. Hitlerowcy nie tolerowali sytuacji, że człowiek jest bez roboty. Musiał pracować. Wszyscy pracowali. Dzieci do lat sześciu, w okresie letnim były pod opieką więźniarek i nadzorem esesmanów wyprowadzane do lasu na zbieranie jagód, malin. Te maliny były składane do koszy, nie wolno było ich zjadać, i były przeznaczane dla potrzeb hitlerowców. Dzieci od lat dziesięciu były już traktowane jako gotowe do zwykłej pracy. W 1943 roku już miałem jedenaście lat i już byłem skierowany do pracy. Od maja do października pracowałem w obozie pod Ślesinem. Było nas tam 15 chłopców w wieku od dziesięciu do piętnastu lat, wykorzystywanych do prac przymusowych na majątku: do prowadzenia wołów pociągowych, koni, pielenia warzyw, zbierania gumy. Ja najczęściej prowadzałem konie, ponieważ byłem synem gospodarza. Otrzymywałem konie i musiałem wykonywać różne prace polowe. Wykonywaliśmy prace pod nadzorem wachmana, który mieszkał obok. Były z nami również dwie więźniarki - jedna pani nam przygotowywała posiłki, druga prała odzież. One były naszymi opiekunkami, pod nadzorem przedstawiciela obozu w Potulicach.
Warunki życia w obozie
W Smukale było okropnie, najgorsze warunki, jakie w ogóle były w obozie. Bo tam była jedna umywalnia wspólna, dla dawnych robotników, to więźniowie w kolejce stali, żeby do wody zimnej dojść, żeby umyć ręce, twarz... Dużo ludzi tam po prostu umierało. Od chorób, przeziębienia, braku właściwego odżywiania się i zimna. Myśmy tam trafili zimą. Zorganizowanej pracy nie było. Były prace, ale takie sezonowe: porządkowanie, utwardzanie dróg, budowanie prycz dla więźniów, sprzątanie, przygotowywanie na przyjęcie większej liczby więźniów. Dzieci nie miały tam konkretnych zajęć. Pamiętam, że chodziliśmy zbiorowo w teren. W pobliżu były takie niewielkie zalesienia i tam żeśmy chodzili zbierać produkty do gotowania. Zbieranie szczawiu, zbieranie pokrzyw... To było suszone czy bezpośrednio dodawane do zup: trochę kapusty, trochę ziemniaków i tych pokrzyw - takie były posiłki.
Ewakuacja, marsz śmierci
Pamiętam, że był apel. To była chyba niedziela, godzina  poranna, jeszcze było ciemno, na placu apelowym leżał śnieg. Komendant wszystkich wezwał na zbiórkę, na apel nadzwyczajny. Podał do wiadomości, że nastąpi ewakuacja i żeby przygotować się do wymarszu. Potem, za około dwie godziny, nastąpił ponowny apel, już z tobołkami. Tobołki na plecach, kapcie, mróz, zima, ciężkie warunki...I pamiętam tych ludzi stojących i wychodzących, i kolumnę marszową idącą w kierunku Nakła... Tylko chorzy, starzy i dzieci pozostali w Potulicach, w obozie.
Praca niewolnicza
Kazano nam wejść do samochodu ciężarowego, chyba wojskowego, i odwieziono nas do Smukały, do dawnej hali karbidu. Tam, na barłogu, byli już więźniowie. Jakiś czas byliśmy na barłogu, później na betonie i dopiero po kilkunastu dniach zbudowano nam prycze. Pracę, roboty więzienne, pamiętam doskonale. We wrześniu, kiedy były siewy, starsi obsługiwali siewniki, a chłopcy - było takich czterech, w tym ja - dostali potężne, duńskie konie. Zawsze rano, obsługujący dawał mi konie, przekazywał lejce, i wiadomo było, co mam robić - zasypywać za siewnikiem, chodzić z tymi końmi. Kiedyś usiadłem i zasnąłem pod stogiem słomy. Obsługa majątku siała na tym polu i widocznie nie zauważyła, a ja chyba z półtorej godziny spałem i te konie stały na miejscu. Włodarz, który nadzorował pracę, przyjeżdżał konno i lustrował czy wszystko działa, ale mnie nie zauważył. Ktoś zaraz mnie obudził - to był ktoś z brygady, która siała - i ostrzegł mnie, że mam wstać, bo jak wróci włodarz, to będę bity i jeszcze dostanę jakąś karę za to, że te konie stały. Właściciel był niemiecki, a robotnicy polscy. To był taki okres, jak gdybym był na wolności, bo tam byliśmy wolni, ale nie uciekaliśmy nigdzie. Na zimę brano nas z powrotem do obozu.
Warunki życia w obozie
W jednym baraku było około 400 osób. Sale były zespołowe, w każdej po około 50 osób. Kapo mieszkał po lewej stronie, miał jeden pokój, do którego przynoszono żywność i rozdawano przy wejściu. Służby z kuchni przynosiły kotły, chyba po 100 litrów, i kapo nabierał, a każdy podchodził z miską. Chleb był wydawany raz dziennie - średnio 800 g. na osobę, ale były okresy, kiedy mogliśmy odbierać paczki. Paczki były dokładnie rozcięte i otwarte przekazywano adresatowi. Dostawaliśmy chleb razowy i pszenny, kiełbasę, wędlinę i do smarowania coś było. I można było pisać - korespondencja też była. Ale nie wiem, czy każdą kartę cenzurowano czy sprawdzano je wyrywkowo.
 
Dom Spotkan z Historią Ośrodek Karta Ośrodek Karta EACEA