Zapomniane Obozy
 
Teofila Silberring
 
Przyczyny aresztowania, uwięzienie i transport do obozu
Kiedy zlikwidowali krakowskie getto, chyba w 1943 roku, gnali nas do Płaszowa, gdzie szliśmy pieszo. Ogłaszali, żeby sobie zapakować co się ma, napisać nazwisko, dać przed dom, a że oni to zabiorą i nam oddadzą w Płaszowie. To wszystko były bajki, bo chodziło o to, żeby nie mieli z nami przykrości czy roboty, żebyśmy się poddawali od razu bez jednego słowa. Szliśmy pieszo przez Wielicką i różne były reakcje Polaków: jedni płakali i nam rzucali cukierki lub coś innego, inni .... Ojciec mnie ubrał jak cebulę, żebym jak najwięcej zmieściła na sobie. Miałam taką walizeczkę, ile uniosłam i tak z przystankami szliśmy do tego Płaszowa. Ja sobie postawiłam na chwilę tą walizeczkę, bo nie mogłam udźwignąć (poza nią miałam tornister z książkami). Ktoś podleciał i mi ją ukradł. Ja tak strasznie płakałam, ale nic nie pomogło. Zostałam w tym co miałam, ale i tak było za dużo, bo nam wszystko odebrali. Ostatni raz widziałam się z ojcem w Płaszowie, a ponieważ gdzie indziej mnie dali, to nie wiem co się z nim stało. Szukałam go przez Czerwony Krzyż, ale nikt nic nie wie. Nie wiem gdzie zginął, nie wiem kiedy zginął. W każdym razie jak wojna wybuchła to miał 39 lat.
Praca niewolnicza
W Płaszowie, ponieważ ojciec postarał się o papiery, żebym była starsza i żebym już mogła pracować, przydzielili mnie na tzw. gemeinschaft metalowy. Tam zresztą pracowałam razem z ojcem Polańskiego. Myśmy pracowali w tej fabryce metalowej, robiliśmy te buksy do jakiejś broni, ale nie wiem dokładnie, bo się nie orientowałam. Pracowałam przy takiej maszynie elektrycznej, gdzie się podsuwało ręce. W nocy ja na szczęście nie usnęłam, ale koleżanka widocznie zasnęła i jej ucięło całą rękę. Proszę sobie wyobrazić, że ona w ogóle tego nie czuła, a zemdlała dopiero jak zobaczyła te ucięte palce. Pierwsze jej słowo to: "Jak ja teraz będę grała na fortepianie?". Potem pracowałam przy tokarce i był tam taki Polak, majster, który nas pilnował. On mówi: "Ja cię nauczę jak tą tokarką robić frezy". Ta praca mi jakoś szła, ale zapamiętałam, że jak będę frezować, to wszystkie odpady mam wkładać do worka. Więc ja to złapałam i przecięłam ręce, bo sobie nie zdawałam sprawy jakie to ostre. "Coś ty zrobiła? Tu masz rękawiczkę albo trzymaj je przez szmatę!" Więc to była moja pierwsza styczność z pracą w ogóle.
Kontakty z ludnością cywilną, więźniowie innych narodowości
W Płaszowie były jeszcze nienajgorsze stosunki, oczywiście oprócz Amona Götha, który sobie robił polowania jak chciał i kiedy chciał. Dom Amona Götha stoi jeszcze w Płaszowie, tylko Polacy go zamienili na coś innego. Właśnie mają porządkować, bo na tym cmentarzysku zrobili w zimie tor bobslejowy. W domu Götha były magazyny zbożowe, a teraz mają je zlikwidować. W Płaszowie jeszcze jakoś dało się żyć, bo byli tam też Polacy. Nie wszyscy, ale niektórzy nam bardzo pomagali, bo mogli wychodzić do miasta i mieli rodzinę, która im przynosiła żywność. Im było wolno, tylko nam Żydom nie było wolno w ogóle wychodzić. Była taka pani, której dałam jakąś sukienkę, a za to ona mi dawała chleb. Ale Polacy byli tam bardzo krótko, zwykle złapani za handel gdzieś na placu, dostawali wyrok na dwa tygodnie, trzy tygodnie. Jeszcze w Płaszowie wyglądałam względnie dobrze, bo z domu wyszłam dobrze wyglądająca i się nie załamałam.
Esesmani i funkcyjni
Najgorsze były te selekcje na apellplatzu, bo przecież stale je robili. Amon Göth się tym nie parał, tylko miał do tego swoje służby, m.in. Żydów, którzy chodzili w specjalnych ubraniach i z pejczami. Było też takie okropne małżeństwo, które tak uwielbiał. Ona taka mała blondyna, on trochę wyższy i dziecko pięcioletnie w mundurze, w niemieckich oficerkach i też miał ten pejcz! Tan mały smarkacz, co miał może 5 lat! On jeszcze był jako taki, ale ona była straszna! Waliła nas po głowie jak przyszła na ten apel. Raz przychodzimy na apel, karzą nam przechodzić, patrzymy, a oni leżą tam zastrzeleni przez Götha, co ich tak uwielbiał. Jak myśmy się cieszyli wtedy, nie było żadnego żalu, że ich zastrzelił.
Żywność w obozie, głód, relacje między więźniami w obozie
Relacje między więźniami były różne: jedni byli do przyjęcia, inni kradli. Dostawaliśmy kromkę chleba, jeden zjadł ją od razu, bo uważał że głód mu jakoś przejdzie, jeden sobie chował po kawałeczku, jeden zbierał te okruszynki. Każdy robił co uważał. Ja sobie chowałam, ale kiedy spałam to ktoś mi ukradł. Ja się wtedy pierwszy raz załamałam, płakałam niesamowicie, a poza tym wiedziałam kto mi to zrobił. Była taka matka z córką i ta matka ukradła dla niej, bo ją nie obchodziłam ja, ważna była córka. Może ja bym zrobiła to samo na jej miejscu. A tak relacje były dobre. Co się robiło? Tak zwane "gotowanie" przed snem. Jedna gotowała obiad: "Dziś jemy na obiad mielone mięso". To dotyczyło oczywiście przyszłości. "A dziś jemy jajecznicę i piejmy mleko". Jedna opowiadała, a myśmy jej słuchały, słuchały, i oczywiście ściskało nas w gardle. I to było nasze codzienne zajęcie. I nasze marzenia - co zrobimy jak wyjdziemy z obozu. Ta chciała to, ta pójdzie tu, ta pojedzie tu.
Ewakuacja, marsz śmierci
To już była likwidacja Płaszowa, kiedy myśmy jeszcze byli u Schindlera na Zabłociu. Przyszedł, zebrał nas wszystkich - nie pamiętam ile nas było osób. Żydówki były i Żydzi razem. W samym Płaszowie nie wolno było być razem: dzieci były osobno, kobiety osobno i mężczyźni osobno. Schindler nas zwołał na podwórku, bo tam nie było apellplatzu i mówił, że musimy jechać do Oświęcimia i tam on się stara o transport. Ma w Brunnlitz fabrykę, więc żebyśmy wiedzieli, że on ma nasze nazwiska - to jest właśnie ta lista, lista obecności jego pracowników, a nie jakaś tam, jak ją dzisiaj szumnie nazywają, "Lista Schindlera". Mówił: "Nie bójcie się, bo ja was uratuję". W filmie podają, że tysiąc osób uratował, ale ja wiem o dwóch tysiącach, bo wtedy zabrał nas dwa tysiące. Jechał z nami do Oświęcimia i tam nie pozwolił nas wziąć do obozu, tylko czekaliśmy na rampie. On się starał o wagony, wprawdzie bydlęce, ale wagony i mówił: "Czekajcie tutaj, nigdzie was nie zabiorą, bo ja załatwiłem". Tam gdzieś dawał pieniądze i załatwił. Wreszcie chyba po tygodniu przyszedł z paroma esesmanami i żydowskimi tzw. ordnungsdienst - to była porządkowa policja żydowska. I ta żydowska policja nas pilnowała. Pilnowali nas także Niemcy, którzy naprawdę się nie wtrącali. Widocznie dostali od Schindlera tyle, że siedzieli cicho. Zajechały wagony i jeden z tych ordnungsdienstów  wyczytywał nasze nazwiska, żeby nie robić tłoku, żeby wsiadać po kolei. Wszyscy wsiedli, a nas dziesięć zostało. Nie czytali nas, nie czytali. Ja wołam, a Schindler, który nas wszystkich znał, mówi: "Chodź, chodź". A ten policjant (żydowski zresztą) odciął nas, dziesięć osób, pociąg ruszył, a myśmy zostali w Oświęcimiu. No i co? Do Birkenau, do Brzezinki nas zabrali, bo Schindler pojechał i nie było ratunku.
Esesmani i funkcyjni, warunki życia w obozie
Posłuchaj:
 
Kontakty z ludnością cywilną, więźniowie innych narodowości
Posłuchaj:
 
 
Dom Spotkan z Historią Ośrodek Karta Ośrodek Karta EACEA