Zapomniane Obozy
 
Zofia Janik
Urodziła się 20 lutego 1925 w Racławicach koło Krakowa. Przed wybuchem wojny ukończyła pięć klas szkoły podstawowej. Podczas okupacji pracowała przy kopaniu okopów we wsi Łazy, a po pewnym czasie znalazła się na liście osób przeznaczonych do wywozu na roboty przymusowe do III Rzeszy. Tuż przed odjazdem pociągu udało się jej uciec z wagonu i uniknąć deportacji. Kilkukrotnie za namową ojca przenosiła do Krakowa paczki od grupy partyzanckiej działającej w okolicach Racławic. W styczniu 1944 została aresztowana w czasie ulicznej łapanki w Krakowie i osadzona w obozie koncentracyjnym w Płaszowie, gdzie pracowała m.in. przy zasypywaniu grobów pomordowanych więźniów na tzw. Koziej Górce. Po wyzwoleniu obozu zamieszkała z siostrą w Krakowie. Na skutek pobytu w obozie miała poważne problemy ze zdrowiem. Z powodu chorób i kilku operacji nie kontynuowała nauki. Pracowała jako szatniarka w kasynie wojskowym w Krakowie.
 
Warunki życia w obozie
Żyło się i o głodzie, i o chłodzie. Płaszcze miałyśmy cieniutkie, bośmy musiały zdjąć swoją garderobę. Dali nam takie cieniutkie płaszczyki, a to był przecież luty. Na plecach na płaszczu wymalowali czerwonym lakierem dużą literę P. A Żydzi mieli gwiazdy lakierem wymalowane. Zimno było. Jak wróciłam z obozu, to z wrzodami, jeszcze do tej pory mam blizny. A najgorsze było to, jak nas brali do kąpieli. Był to barak, w którym na całym suficie były prysznice. Wszystkie kąpałyśmy się nago, same kobiety: starsze i młodsze. Te starsze tak płakały, bo się krępowały nas młodszych. A stale żeśmy się bały, że nas zagazują!
Esesmani i funkcyjni, praca niewolnicza, egzekucje
W Płaszowie pracowałyśmy ciężko, bośmy wywoziły wózkami ziemię, na sznurach, na Kozią Górkę. Niemcy przywozili tam więźniów z więzienia z ul. Montelupich. Słyszałam od innych kobiet: "O! Już wiozą, będziemy znowu zasypywać". Z Montelupich przywozili ich ciężarowymi samochodami. Jak była jakaś przerwa, kilka godzina, to się porządkowało. Ale przeważnie to stale przywozili, nie tylko z Montelupich, ale z różnych stron. Niemcy brali ich na bok do baraku, żebyśmy nie widzieli, ale to się słyszało, przez szpary się widziało. Więźniowie się rozbierali do rozstrzelania. To w baraku były całe stosy, kopce ubrań. Nago musieli zejść do tych rowów, czy schodzili, czy ich popychano. Nie wiem, bo nie widziałam, tylko przez szpary widziałyśmy te kopce ubrań i strzał słyszałyśmy. Trocinami posypywali zwłoki i odjeżdżali, a my dopiero musiałyśmy zasypywać je ziemią. Nie Niemcy posypywali trocinami, tylko nasi cywile, to znaczy więźniowie obozu. Sprawdzał nas objazdowy na białym koniu. Raz chciał nas zastrzelić, bo z wycieńczenia upuściłyśmy ten wózek, a on nadjechał. Jakimś cudem żeśmy ocalały i nas nie zabił. Nie wolno nam było przystanąć, tylko stale pracować: nakładać ziemie, wysypywać.
Wyzwolenie obozu, powrót do domu, konsekwencje pobytu w obozie
Nie docierało do mnie, że to już jest koniec. Jedni wierzyli, drudzy nie wierzyli, trzeci uciekali, inni płakali. Nawet nie mam pojęcia jak się to wszystko zakończyło. Chorowałam bardzo, przeszłam pięć operacji. Po wyjściu za mąż po trzech latach dopiero doczekałam się dziecka, chodziłam do ginekologa, leczyłam się. Wrzody miałam, a chuda taka byłam, że mnie nie poznawali na wsi. Byłam chuda i tylko oczy miałam duże. Rodzice strasznie to przeżywali, bo moja młodsza siostra zmarła z rozpaczy, bo jak mnie zabrali to tak płakała, że jej żyłka pękła i zmarła. To teraz rodzice nie wiedzieli, jak się cieszyć i płakali.
Przyczyny aresztowania, uwięzienie i transport do obozu
Posłuchaj:
 
Praca niewolnicza
Posłuchaj:
 
 
Dom Spotkan z Historią Ośrodek Karta Ośrodek Karta EACEA