Zapomniane Obozy
 
Józef Szmigiel
Urodził się 28 marca 1939 w Metz we Francji. Jego rodzice wyemigrowali do Francji w celach zarobkowych w 1937 roku, ojciec, mechanik samochodowy, pracował w Metz w firmie transportowej. W 1940 roku ojciec pana Szmigla brał udział w wojnie francusko-niemieckiej i dostał się do niewoli, z której wrócił w 1942 roku. 28 stycznia 1943 rodzina została deportowana z Francji przez Niemców. Przywiezieni zostali do klasztoru na Górze Św. Anny, stamtąd zaś do Raciborza, gdzie zakwaterowano ich w byłym klasztorze franciszkańskim. W listopadzie 1943 przewieziono ich do obozu pracy w Ząbkowicach Śląskich (Frankenstein), a następnie do Wołczyna (Konstadt). Ojciec pana Szmigla podczas pobytu w Raciborzu pracował jako kierowca w dwóch fabrykach: w Frankensteinie w przemyśle metalowym, w Konstadt w fabryce drożdży. Zmarł na skutek nieszczęśliwego wypadku tuż po wojnie. Matka pana Szmigla z trójką dzieci wróciła po wyzwoleniu obozu do rodzinnej wsi męża (Komorniki, powiat oleski), następnie przeniosła się do pobliskich Uszyc, gdzie rodzina zamieszkała na stałe.
 
Wyzwolenie obozu, powrót do domu
Pamiętam do dzisiaj odgłosy walk niemiecko-sowieckich. Myśmy przetrzymali ten okres, nie wiem, czy to było 12 godzin, czy więcej, w takiej piwnicy, bo miasto oczywiście było bombardowane, paliło się i tak dalej. Niebezpiecznie było być na powierzchni. Siedzieliśmy więc w piwnicy. Pamiętam nawet taki szczegół, że w tej piwnicy było dużo ludzi, Polaków, chyba takich pracowników jak mój ojciec. Był problem wyżywienia w tej piwnicy. Jeden z tych dorosłych, jak się te walki troszkę uspokoiły, wyszedł z tej piwnicy, złapał dwie kury, zamordował te kury i przyniósł do piwnicy. I tam zorganizowano taki żelaźniak, taki piecyk. Była zima, nie było wody oczywiście, więc ktoś śniegu przyniósł z zewnątrz, do gara wrzucił razem z tymi kurami, i to było nasze pożywienie. Do dzisiejszego dnia pamiętam, jak ta kura smakowała. Nigdy lepiej mi kura nie smakowała jak wtedy, w tej piwnicy.
Przyczyny aresztowania, uwięzienie i transport do obozu
28 stycznia 1943 roku, o godzinie trzeciej nad ranem przyszli żandarmi, zapukali do drzwi, i kazali się w ciągu pół godziny zebrać, bo jesteśmy przeznaczeni do deportacji. Żadnej dyskusji oczywiście nie było. To byli Niemcy. To wyglądało w ten sposób, że na ulicy stał samochód ciężarowy, stała tam jeszcze jakaś obstawa. Przyszło dwóch żandarmów, nie jeden, tylko dwóch. Mama opowiadała, jak to było. W środku nocy, styczeń 1943 rok, ktoś puka do drzwi, mówi, że jest papier na deportację i mamy tylko pół godziny na to, żeby się zebrać. To był rok wyjątkowo ciężki, zimny. Mama mówiła, że wzięliśmy pierzyny, żeby dzieci nie zamarzły. Wyprowadzili nas z tego mieszkania, dom zaplombowali, wszystko, co w tym domu było, umeblowanie, sprzęty, odzież, zostało w tym mieszkaniu. Zawieźli nas na dworzec kolejowy. Na tym dworcu kolejowym okazało się, że takich jak my jest tam setka osób, może więcej, nikt nie liczył tego, ale to był tłum. Stał specjalny pociąg na bocznicy, trzeba było wejść do tego pociągu pod nadzorem, i jak już wszyscy weszli, pociąg ruszył. Nikt nie wiedział, co, jak i dokąd, nic.
Choroby - śmierć w obozie
W Raciborzu zachorowałem na zapalenie ucha środkowego. Otarłem się o śmierć, dlatego że bardzo wysoko gorączkowałem z powodu tego bólu. Nie było mowy o tym, żebym mógł coś jeść i tak dalej. Pamiętam, otulano mnie w mokre prześcieradła, żeby mi tę temperaturę zbić i tak leżałem. Mama mówi, że po siódmym dniu takiego cierpienia, trzymania mnie w tych prześcieradłach, wreszcie zasnąłem. Okazało się, że mi z ucha poleciała ropa. Jak mnie leczono: stare kromki pieczywa moczono w mleku gorącym i to przykładano. Nie było mowy o tym, żeby przyszedł jakiś lekarz, żeby mi dał jakieś leki, czy żeby mnie zabrano do szpitala.
Żywność w obozie, głód
Podstawową potrawą była zupa z brukwi, nie z jarzyn, tylko z pastewnych roślin, które zwierzęta otrzymywały, brukiew. Co jeszcze? Jeszcze była czarna kawa i czarny chleb, żadnego mazidła do tego, nic, żadnej margaryny, o maśle nie mówiąc. To wyżywienie było takie, że na dłuższą metę człowiek musi umrzeć. Na szczęście mój ojciec, jak dostał pracę, to jako kierowca wyjeżdżał też do Czech, coś tam przywoził, wywoził. Za każdym razem przywoził żywność, a to owoce, a to jakieś coś tam. I dzięki temu myśmy przeżyli w jako takiej kondycji.
 
Dom Spotkan z Historią Ośrodek Karta Ośrodek Karta EACEA