Zapomniane Obozy
 
Tadeusz Wlazło
Urodził się 14 lutego 1934 w Łodzi. Od urodzenia przebywał w domu dziecka na ul. Karolewskiej w Łodzi, a po wybuchu wojny wraz z innymi dziećmi został przeniesiony do domu dziecka przy ul. Brzeźnej. W 1943 roku został przewieziony do aresztu śledczego (tak zwany Kleine Kinderhaus) przy ul. Kilińskiego, a następnie do obozu pracy dla dzieci i młodzieży przy ul. Przemysłowej, gdzie pracował w iglarni. Po likwidacji obozu przez kilka miesięcy przebywał pod opiekę żołnierzy sowieckich. Po ich wyjeździe został ulokowany w domu dziecka w Wałbrzychu, wkrótce jednak wrócił do Łodzi i do osiągnięcia pełnoletniości przebywał w trzech kolejnych domach dziecka. Skończył zawodową szkołę murarską.. W 1954 roku został powołany do wojska i skierowany do pracy w kopalni "Lędziny", a następnie "Stalin" w Sosnowcu. Na skutek wypadku w kopalni został inwalidą wojskowym. Przez 20 lat pracował w straży pożarnej. Działał w Związku Inwalidów Wojennych i Wojskowych, jest dowódcą pododdziału honorowego garnizonu "Łódź" w stopniu starszego chorążego sztabowego.
 
Praca niewolnicza
O godzinie piątej była pobudka, o godzinie szóstej już się rozpoczynało pracę, ale w tym czasie to już trzeba było pościelić łóżko, czy pryczę, zjeść śniadanie w tym czasie. Apel i do pracy. Ja akurat robiłem na iglarni. Takich igiełek przykładowo trzeba było wyprostować na kowadełku sześćset, siedemset. Kto nie wyrobił normy, był karany. Można było dostać za to skakanie żabki, jak nie pompki, albo pół porcji tylko dostał swojego obiadu czy wyżywienia. Prace tam były różne, bo jeszcze była rymarnia, gdzie dla Niemców się szyło pasy do amunicji. Był szewc, gdzie robili buty, zrywali spody, jak były zniszczone, przybijali nowe. Koszykarnia, ogrodnik był też, ale do ogrodnika więcej brali dziewczyny.
Esesmani i funkcyjni, warunki życia w obozie
Tam byli tacy pseudo wychowawcy, byli i volksdeutsche, i przedwojenni policjanci. Najpierw tam Żydzi uczyli tej roboty. A później to już byli - ja bym powiedział, że volksdeutsche byli tam, bo czysto po polsku mówili. Ale tam po niemiecku trzeba było rozmawiać. Na wszystkich herr meister się mówiło, herr meister do każdego. Jak się chciało w nocy wyjść załatwić czy coś, to trzeba było wołać, krzyczeć: "achtung!", "uwaga!", inaczej wartownik by strzelał. 
Ucieczka z obozu
Ucieczki nieczęsto się zdarzały, bo nie było takich szans. Ci, którzy tam za teren wychodzili zamiatać - to Woszczyński Zdzisisu tam taki był, wychodził, zamiatał. To oni mieli szansę ucieczki, ale nie uciekali. Raczej ja bym powiedział, że nie było takiej możliwości, żeby uciekać. Jakby uciekł, to na teren getta. I Żydzi i tak by go oddali w ręce policji, bo tam, w getcie, była żydowska policja. To było wszystko na terenie getta zakamuflowane.
Wyzwolenie obozu, powrót do domu
Jak się wojna zakończyła...Bo tam już były naszykowane trzy hausy, dwa chyba czy trzy, już do spalenia były naszykowane. Mieli spalić. Kto to odwołał, kto z tego zrezygnował, do tej pory nie wiem, nikt chyba nie wie. Ruskie się mną zaopiekowali i oddali do domu dziecka na ulicę Kopernika 3. Każdy szedł na swoją rękę. Ale najpierw to najwięcej się zebrało koło magazynu z chlebem, koło kuchni. To się tak stało o zmroku, na szarówce. Wszystko runęło, nie było żadnego wartownika, nic, nikogo nie było. Ja też kawałek chleba złapałem, takie kółeczko chleba. Były bramy otwarte, i każdy na łeb na szyję uciekał. I Ruskie żołnierze mną się zaopiekowali, bo nie miałem gdzie iść. Byłem z nimi parę miesięcy. Byłem, jak syn pułku. Reszta dzieci - każdy się rozszedł w swoją stronę. Kto miał rodzinę, to do rodziny. Bardzo dużo właśnie trafiło na Kopernika. Mnie Rosjanie traktowali bardzo dobrze. Mogę zawdzięczać Rosjanom, że żyję, mogę dziękować. Ja nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby się mną nie zaopiekowali. Z tym, że ja nie chciałem jechać do Rosji, chciałem zostać w Polsce, to mnie oddali do domu dziecka. Z nimi byłem siedem, dziesięć miesięcy może. W ruskim mundurze normalnie chodziłem jako dziecko, pierwszy szedłem. We Wrocławiu przed kompanią ja szedłem pierwszy, a za mną dopiero oficer. Prowadziłem to wszystko. Kwiaty dawali mi ludzie, kładli za pas. We Wrocławiu polskie wojsko nie wierzyło, że ja jestem Polak, dla mnie grali "Rozszumiały się wierzby płaczące". Nie wierzyli, że ja jestem Polak, w ruskim mundurze, dziecko dziesięcioletnie.
Praca niewolnicza
Każdy był zdany na siebie. Tam nie było czasu na różne rozmowy, jak podsłuchali przy pracy czy coś, to już kara... Musiał być zajęty pracą, żadnej rozmowy, ja wiem, jak to powiedzieć? Polegało to na tym, że kto mądrzejszy, ten przetrwał. Zaradniejszy, może tak bym powiedział. Każdy starał się w jakiś sposób tam zakombinować. Dużo dzieci nie wytrzymywało tego. Parę tysięcy dzieci poszło do nieba. Tam dużo poginęło, ale to wszystko było tak tajnie chowane, że nawet nie wiadomo, gdzie są te groby. Jest symboliczny.
Wyzwolenie obozu, powrót do domu
Posłuchaj:
 
 
Dom Spotkan z Historią Ośrodek Karta Ośrodek Karta EACEA