Zapomniane Obozy
 
Franciszka Maria Sołtys
Urodziła się 3 listopada 1934 w Józefowie koło Biłgoraja. Ojciec pani Sołtys został aresztowany za udział w partyzantce i więziony był w obozach w Zwierzyńcu, Zamościu, na Majdanku, a w kwietniu 1944 został wywieziony w głąb Rzeszy. Po zniszczeniu domu rodzinnego w czasie działań wojennych pani Sołtys z matką mieszkały u rodziny i znajomych w okolicznych wioskach, a w czasie obław ukrywały się w lesie. Zatrzymano je podczas łapanki w Józefowie i wraz z innymi rodzinami przewieziono do obozu w Zwierzyńcu. Przebywały następnie w obozach w Zamościu, w Lublinie i na Majdanku. Po zwolnieniu z obozu na Majdanku mieszkały u sióstr zakonnych w Lublinie. Ojciec pani Sołtys wrócił z Niemiec w 1945 roku. Po wojnie pani Sołtys skończyła liceum w Biłgoraju i zaczęła pracę w biurze GS w Józefowie. Po wyjściu za mąż w 1954 roku przeprowadziła się do Jaworzyny Śląskiej, obecnie mieszka w Wałbrzychu.
 
Przyczyny aresztowania, uwięzienie i transport do obozu
Wtedy nas zwolnili, ale po kilku tygodniach brat mojej koleżanki wraca zdyszany i mówi: "Chodźcie szybko, bo wszystkich wywożą samochodami i nie wiadomo, czy do lasu, czy do Zwierzyńca do obozu". My biegiem pod ten kościół i akurat na tym pierwszym samochodzie już była mojej koleżanki mama. To były takie stare samochody bez plandeki. I upychali tych ludzi. A mojej mamusi nie było. To jeden mnie chwycił i na samochód. Ja zaczęłam strasznie płakać, że "ja chcę do mamy", "ja chcę do mamy". On nie reagował na to. Ja zeskoczyłam. A on miał takiego dużego owczarka niemieckiego i tym owczarkiem zaczął mnie szczuć, ale ten owczarek mnie nie pogryzł. To ludzie odwracali głowy. A ja pomiędzy tymi ludźmi, kobietami, przedostałam się bliżej drzwi do kościoła i zaraz po chwili wypuszczali mamusię już do następnego samochodu. No i znaleźliśmy się w Zwierzyńcu.
Żywność w obozie, głód
Któregoś dnia mamusia była na zewnątrz tego baraku i zobaczyła brata swojego ze Szczebrzeszyna, który z kolegą niósł, z więźniem, w takim dużym kotle parowane ziemniaki dla koni. Wujek jakoś ukradkiem przez tę kratkę w tej siatce mamusi dał chyba ze trzy czy cztery te ziemniaki. Mamusia przyniosła, to ja nie wiedziałam - co to za owoce? Co to jest za smak? To było coś tak nadzwyczaj dobrego po tym jedzeniu, które myśmy tam dostawali.
Transport do innego obozu
Stamtąd przewieźli nas, zapakowali w te bydlęce wagony towarowe i przewieźli nas do Lublina na Krochmalną. Tam była taka filia. Zanim nas tam dowieźli, to gdzieś był postój, nie wiem, czy w Zawadzie, czy w Rejowcu. Ja zemdlałam i jeszcze jedna sąsiadka też straciła przytomność. No to wyrzucili nas na trawę przed te wagony. Szczęście, żeśmy odzyskały przytomność, bo by nas tam zostawili. A były matki, które miały malutkie dzieci, niemowlaczki. Pewnie jakiś kolejarz przyniósł troszkę wody z parowozu i one myły te dzieci pomiędzy wagonami, bo nie było nic. Miałyśmy jakąś puszkę, gdzie się wszyscy załatwiali do tej puszki pustej i wyrzucało się przez to okienko u góry, bo tak jeden przy drugim siedział, żeśmy się formalnie dusili w tych wagonach.
Konsekwencje pobytu w obozie
Zostałam wpisana do stowarzyszenia im. Maksymiliana Kolbego i miałam możliwość jechać na wczasy do Niemiec do Traunstein. Ja się bardzo tego bałam, bardzo. Mówiłam, że ja tego nie przeżyję. Wcześniej przerażało mnie, jak pojechałam do rodziny, która przeniosła się ze Szczebrzeszyna na Śląsk. Tam starsze osoby, takie siwe, wiekowe; czy na targu, czy w kościele, czy ledwie wyszły z kościoła, to szwargotały po niemiecku. Ja tego nie mogłam znosić, ja tego nie mogłam słuchać. Ale namówiono mnie jednak i pojechałam do tego Traunstein. Po przyjeździe człowiek się coraz bardziej obywał z tym językiem, osłuchiwał, w telewizji, w radiu, na ulicy. Przyjechaliśmy przed południem i zaraz tego samego dnia wieczorem była msza w kościele katolickim. W Traunstein Benedykt XVI chodził do seminarium. To jest bardzo duże i ładne miasto. Ksiądz modląc się powiedział, że my jesteśmy więźniami. To był jeden szloch. Od komunii wracałyśmy, miałyśmy duże chustki i buzie zatykałyśmy, bo by nas poroznosiło. Byłyśmy zakwaterowani u sióstr zakonnych. I tak dzień po dniu, dzień po dniu coraz bardziej zaczynaliśmy się zaprzyjaźniać z tym narodem. A poza tym Bawaria jest na wskroś katolicka, tam jak się szło ulicą, to czy szło dziecko, czy mężczyzna, czy kobieta, każdy mówi "Grüß Gott". To mnie przekonało do tych ludzi. I na spotkaniach okazywana serdeczność. Pomału, pomału przekonałam się, że nie wszyscy byli źli.
Warunki życia w obozie
W Zwierzyńcu było strasznie. Nie było na czym spać. Na podłodze jeden na drugim dosłownie. Robactwo straszne. Jedzenie wiadomo, jak w obozie, było okropne. Nasz barak był pierwszy przy drutach i zaraz szła szosa. Jak się powiesiło na drutach jakąś bieliznę, przepłukało się jakieś majteczki czy koszulę, to się formalnie ruszało, takie były wszy i pluskwy. W Zamościu podobne warunki jak w Zwierzyńcu, bez pryczy, bez łóżek, bez niczego. Spanie straszne, brud straszny. W Zwierzyńcu przeważały może wszy, natomiast w Zamościu były pluskwy. Toalety były takie duże, że tam byli i mężczyźni i kobiety, i dzieci. To było coś okropnego.
 
Dom Spotkan z Historią Ośrodek Karta Ośrodek Karta EACEA