Zapomniane Obozy
 
Emilia Barteczko
Urodzona 25 sierpnia 1921 we wsi Komarów koło Zamościa. Przed wojną ukończyła siedem klas szkoły powszechnej. W czasie okupacji, gdy niemieckie władze postanowiły osiedlić na Zamojszczyźnie niemieckich osadników, rodzina opuściła gospodarstwo i ukrywała się w okolicznych wsiach. 24 grudnia 1942 Emilia Barteczko wraz siostrą i bratem została osadzona w obozie przesiedleńczym w Zamościu. Po czterech tygodniach trafiła do Berlina, gdzie do końca wojny zatrudniona była przymusowo w zakładach Petrix, produkujących na potrzeby wojska niemieckiego. Po wojnie wróciła do Komarowa, pracowała we własnym gospodarstwie rolnym, opiekowała się domem.
 
Obóz:  [Zamość]
Warunki życia w obozie
W Komarowie załadowali nas do samochodu. Podzieliliśmy się wtedy opłatkiem, bo akurat była Wigilia i żołnierze odstawili nas do Zamościa, do obozu. Osoby, które przebywały już wtedy za drutami zaczęły nas wypytywać, czy mamy ciastka, czy cieszymy się, żeśmy tutaj przyjechali... Kpili i żartowali z nas, a nam chciało się płakać. Przetrzymywano nas jak dzikie zwierzęta. Na szesnastym baraku, który nazywaliśmy "końskim", były starsze osoby. Z tymi starszymi osobami siedziała moja siostra wujeczna z dziewięciomiesięcznym dzieckiem. Zapytałam jej kiedyś: "Hela, gdzie suszysz pieluchy?". Odpowiedziała: "Pod piersiami". Gdy wraz z trzema innymi osobami wracałam spod tego baraku, podszedł do mnie lagerfuhrer i zapytał: "Gdzie chodziłaś?" - i nahajką uderzył mnie przez głowę. Bardzo mnie zabolało. Pomyślałam wtedy: "Mój Boże, na swojej ziemi człowiek jest bity przez wroga".
Zamość 1942
Esesmani i funkcyjni
Pragnęliśmy, żeby nas wywieźli dokądkolwiek, czy na lepsze, czy na gorsze, żeby tylko nie marznąć. Baraki nie były opalane i były przeładowane. W naszym było razem ze 40 osób. Najgorsze, że nie sposób było spać, bo atakowały i pluskwy, i wszy. Ile tam było tego robactwa, to trudno dziś sobie nawet wyobrazić. Nie wolno nam było swobodnie chodzić po obozie, tylko w obrębie swojego baraku, a jak jakaś osoba dała radę uciec, to ktoś inny musiał być zabity za tę osobę. Ciężko było się pogodzić z tym, że spotyka to człowieka na własnej ziemi. Czekaliśmy więc, żeby nas wywieźli, żeby nie żyć dłużej w tej nędzy. Komendantem obozu był Niemiec o przezwisku "Ne" - nazywali go "Ne". Polak był dla niego niczym. Niedługo przed wyjazdem do Niemiec, zrobił nam apel i oznajmił dokąd pojedziemy. Pamiętam dobrze, że wyprowadzali nas z obozu czwórkami - to był smutny orszak polskiej młodzieży.
Zamość 1942
 
Dom Spotkan z Historią Ośrodek Karta Ośrodek Karta EACEA