Zapomniane Obozy
 
Teodor Stawski
Urodził się 1 czerwca 1931 w Bydgoszczy. 4 lutego 1941 razem z matką i młodszą siostrą został wysiedlony i uwięziony w obozie w Potulicach, w dawnym pałacu. Po dwóch tygodniach rodzina została przetransportowana do Jeziornej pod Warszawą, gdzie zamieszkała w domu pożydowskim, razem z innymi wysiedleńcami. Matka postanowiła powrócić do Bydgoszczy. Mieszkali nielegalnie u brata matki. Ze względu na trudne warunki egzystencji i za namową swojego brata matka sama zgłosiła się na gestapo. Po trzech miesiącach wolności rodzina została ponownie wywieziona do Potulic. Pan Stawski zatrudniony był przy budowie nowego obozu, woził kamienie, żwir, piasek i cegły. Matka została oddzielona od dzieci (córka miała 3,5 roku) i wywieziona w głąb Rzeszy do pracy przymusowej. Siostra pana Stawskiego została wypuszczona na wolność i zabrana z obozu przez ciotkę. Pan Stawski był w obozie m.in. gońcem, pracował w stolarni, bejcując regały. Od sierpnia 1944 do wyzwolenia pracował na gospodarstwie w niemieckim majątku w Krąpiewie. Po wojnie pan Stawski pracował w Zakładach Chemicznych ZACHEM. Mieszka w Bydgoszczy.
 
Obóz:  [Potulice]
Warunki życia w obozie
Było ogłoszenie, że "dzieci do dwunastu lat zwalniamy". Do opiekunów, rodzin, krewnych i tak dalej. Pożegnałem się w stolarni z chłopami, z naszym kapem Wiśniewskim. Przyjechała ciotka matki i matki bratowa, bo moją matkę gdzieś wysłali, nie wiedziałem, gdzie jest. Wywieźli ją w nieznane. O matce nie widziałem już nic. Słyszę pierwsze wezwanie - "Stawski Teodor und Cecylia! "Moja siostra ma Cecylia na imię. Drugie przejście do biura, do pokoju - "Teodor Stawski und Cecylia!" A przy trzeciej bramie słyszę - "Stawski Cecylia, Teodor nein!" Bo to było 19 sierpnia 1944 roku. "Teodor już skończył dwanaście lat". Ciotka latała ze łzami w oczach, załatwiała, tu, tam. Nic nie załatwiła. Zabrali siostrę i pojechali. Poszedłem z powrotem do obozu na barak. I takie miałem momenty, że raz się cieszyłem, raz płakałem. Cieszyłem się, że siostra będzie bezpieczna, a ja już sobie poradzę.
Choroby - śmierć w obozie
Moja siostra najpierw leżała w szpitalu, miała biegunkę. Jak ona wyzdrowiała, to ja się rozchorowałem na zapalenie płuc. Leżałem tam i wyzdrowiałem. Jak z zapalenia płuc się wyleczyłem, to od razu pierwszego dnia koledzy mnie wzięli na blok, do pałacu, bo to jeszcze było w starym lagrze. Spociłem się, ostygłem i na nowo. Na drugi dzień nie wstałem, temperatura wysoka, czerwony cały, słaby. Już o własnych siłach nie mogłem iść. Nie wiem czy tego samego dnia, czy następnego matka mnie ubrała w taki długi płaszcz, pod jedną rękę matka, pod drugą taki Alfred Werner mnie wziął, i idziemy z powrotem do szpitala. I mieliśmy pecha, bo akurat obok doktora siedział gestapowiec, który miał ten odcinek pod sobą. Grubas, rozwalony bezczelnie. Kolega mnie trzyma, a matka mówi: "Panie doktorze, syn znowu jest chory". A ten gestapowiec się odezwał po niemiecku: "Tego pan jeszcze chce przyjąć? On ma galopujące suchoty". Lekarz mówi: "Słyszała pani, pani Broniu, kwestia tygodnia, dwóch". Matka zaczęła płakać. Przyszła do baraku zrozpaczona. A kobiety dostawały dla niemowlaków i małych dzieci ileś gram mleka. Każda kobieta powiedziała: "Pani, ja z mojego mleka odstąpię pani łyżkę stołową". Kilka łyżek matka zebrała i pamiętam jak dzisiaj, jak parzyły mi herbatę z tym mlekiem i przykładali gorące cegły do nóg, bo w baraku żeśmy leżeli. Jakoś się wykaraskałem. Stałem kiedyś przed barakiem i ten lekarz szedł sobie pieszo. I mówi zdziwiony: "To ty jesteś ten, co ci mówiłem, że masz galopujące suchoty?" Mówię, że tak. On mówi: "No to teraz możesz być dziesięć lat w lagrze i ci nic nie zagrozi".
Esesmani i funkcyjni
W starym lagrze byli gestapowcy, bracia Pawłowscy. Polskie nazwisko. Jeden był cichy, spokojny, małomówny, a ten drugi był wyszczekany. Szliśmy wieczorem do spania, a jeden z tych Pawłowskich, właśnie ten krzykacz, mówi: "No, najchętniej bym do jakiejś Polki skoczył do łóżka, ale by mnie pchły obeszły". Tak mówił. A kiedyś było tak, że powiedział coś takiego politycznego: "Polska była i Polska jeszcze będzie". Nie powtórzę dosłownie, ale coś takiego powiedział. Nie wiem, czy był pijany. Za dwa dni ich obu już nie było w Potulicach. Wywieźli ich. On wiedział, że ja gram na organkach ustnych. Nauczyłem się grać, wirtuozem nie jestem, ale dla siebie gram. Przy kuchni była sterta trocin, takich ubitych już. Tam była beczka. On zawołał mnie, na tę beczkę kazał mi wejść i grać. Grałem "Jeszcze Polska nie zginęła". Obstawił ludzi, kucharzy dookoła i mówi: "Graj to". Potem grałem jeszcze jakiś marsz "Dwaj przyjaciele..." tru, ru, ru. On na to: "Kucharz! Pół chleba dać mu". Za dwa, trzy dni po tym incydencie już ich obu nie było. Chociaż tamten drugi nie był winien, to ich obu zwinęli. Bracia Pawłowscy, gestapowcy. W mundurach gestapo byli. Po polsku mówili jeszcze jak. Z tamtym drugim nie miałem kontaktu, bo on był mruk, taki spokojny. A ten drugi był wyszczekany. Mówi: "Graj, co umiesz".
Esesmani i funkcyjni, Żywność w obozie, głód
Grałem i spacerowałem sobie między barakami. W pałacu na dole, od frontu, była wartownia, wachstube. Tam wartownicy siedzieli. Grałem akurat kornblumenblau, la, la, la. Wartownik mówi: "Chodźcie tu chłopcy". Byliśmy we dwójkę. Pyta się, skąd jestem. Ja mówię, że z Bydgoszczy. "O, to ty po niemiecku umiesz". Ja mówię: "Trochę umiem po niemiecku". Pyta się, czy umiem buty czyścić. Ja mówię, że tak. To on mówi: "Jutro przyjdź na wachstube". Przyszedłem, pokazał mi swoje buty. Tam było czterech czy pięciu gestapowców, którzy jeździli samochodami, to im te buty codziennie wyczyściłem. Były tam jeszcze dwa psy jednego szofera, spaniele. Miałem się nimi opiekować. Buty czyścić i psami się opiekować. Dla nich było żarcie z oficerskiej kuchni, a my mieliśmy jedzenie lagrowe. Dali mi w kuchni jedzenie dla tych psów, żebym im zaniósł. Tam były kartofle, sos, mięsko, wszystko. Przez park szedłem i ręką to jadłem. Zjadłem wszystko, a im domieszałem tego lagrowego, co sam miałem jeść. Dałem tym psom i sobie narobiłem kłopotu, bo pies nie może gorącego jeść. Może się wściec. Jeden doszedł i się wstrzymał, wstrząsnął się i odszedł od miski. A ten drugi już kłapał. Po chwili zaczął piszczeć i skomleć. Skomlał i latał. Jak się lager kończył, była brama i jeden wartownik. Pies tam poleciał, gryzł kamienie, gryzł piasek. Wściekł się ten pies, który się oparzył. Piana mu szła z pyska. A przy tej wartowni stało drzewo i był dziki rój pszczół. Kilka pszczół wyleciało z pnia i go obsiadły. Ten wartownik, co tam stał, przyłożył mu i zabił tego psa na miejscu. Ja się nie przyznałem, że od gorącego on to dostał. Ten wartownik poświadczył, że nie było mojej winy.
 
Dom Spotkan z Historią Ośrodek Karta Ośrodek Karta EACEA