Zapomniane Obozy
 
Franciszek Wojczyński
Urodził się 5 maja 1929 w Bydgoszczy w rodzinie inteligenckiej o patriotycznych tradycjach. Po skończeniu szkoły powszechnej miał rozpocząć naukę w gimnazjum, jednak wybuch wojny to uniemożliwił. We wrześniu 1939 był świadkiem wypadków w czasie tak zwanej krwawej niedzieli w mieście. W 1940 roku cała rodzina musiała opuścić rodzinny dom, który zarekwirowali Niemcy. 20 lutego 1941 pan Wojczyński wraz z ojcem, matką i siostrą został uwięziony w obozie w Potulicach. Po kilku miesiącach wszyscy trafili do obozu w Smukale. W grudniu 1942 w obozie została zamordowana matka pana Wojczyńskiego, a po kilku miesiącach ojciec. Pan Wojczyński trafił do pracy w ogrodnictwie, potem zatrudniony był także przy pracach budowlanych w obozie. Następnie został wysłany do obozu pracy w Bydgoszczy, pracował w fabryce, był tokarzem. W okresach letnich zatrudniony był także w okolicznych majątkach przy pracach polowych. Po wojnie pozostał w Bydgoszczy, kontynuował naukę, zdał maturę. Pracował m.in. w przedsiębiorstwie transportowym jako ekonomista. Działa aktywnie w miejscowym środowisku kombatanckim.
 
Przyczyny aresztowania, uwięzienie i transport do obozu
Mama ukrywała się, ojciec zachorował na zapalenie płuc, to mama musiała wrócić, żeby zacząć pielęgnować ojca. Niemcy dowiedzieli się o tym i w dniu 22 lutego zaaresztowali nas wszystkich, czyli moich rodziców, siostrę i mnie. Zawieziono nas do obozu Lebrechtsdorf, obecnie Potulice. Tam przebywaliśmy. To były warunki straszne. Tam się z nami nikt nie pieścił. Najpierw byliśmy tutaj przypędzeni na ulicę, tutaj w śródmieściu do sali gimnastycznej szkoły rolniczej i stamtąd wywieziono nas na dworzec ciężarowymi samochodami. Samochody były tak przeładowane, że ja byłem na samym końcu. Jak samochód się zatrzymał, to tak całym impetem najpierw do przodu, później do tyłu i ja wypadłem z tego samochodu. Wartownik, który siedział niedaleko myślał, że chcę uciec i wyskoczył za mną i kolbą uderzył mnie w głowę. Straciłem przytomność. Potem jakoś dowleczono mnie do pociągu i w bydlęcych wagonach zawieziono nas do Nakła. W Nakle zamknięto nas w poczekalni i pilnowano, nad ranem przyjechała załoga SS z obozu i zostaliśmy przekazani załodze obozowej. Ojciec był obłożnie chory, miał zaświadczenie lekarskie, 40 stopni gorączki i jak nas aresztowali, to ojciec nie chciał wstać, bo mówi, że jest ciężko chory. Podeszło dwóch esesmanów i załapali łóżko z jednej strony i z drugiej strony, i wyrzucili na podłogę. Powiedzieli: w 10 minutach już was tutaj nie ma.
Warunki życia w obozie, pierwszy dzień w obozie
W ten czas były duże mrozy i śniegi, wszyscy byli pędzeni do obozu. W obozie wszelkie kosztowności, to wszystko zabierano, głowy golono na zero. Opieszałych to zaraz bito. Wprowadzano taki reżim, żeby ludzie wyzbyli się ludzkich instynktów, żeby doszli do tego, że nie są ludźmi. Zostaliśmy umieszczeni w baraku numer 1, to były baraki, których pewna część nie była wyższa niż jeden metr. Coś w rodzaju psiej budy były budowane. One miały około 100 metrów długości i jakieś dziewięć szerokości. Trzeba było iść tylko gankiem, a tutaj już trzeba było się kłaść i leżeć i leżeliśmy na gołej ziemi przy 20-25 stopniowym mrozie. Barak nie miał ani dachu zabezpieczonego papą, tylko deski były pokładzione, deska, na deskę. Także jak śnieg padał, to na nas padał, jak deszcz padał, to też mokliśmy. Nazywane były baraki murzyńskie przez nas.
Esesmani i funkcyjni
Na pierwszym z apeli wypędzali takiego 14-letniego chłopca z baraku i go bardzo bili. Jak staliśmy na tym apelu, to moja mama... Kapowcy bili... [Moja mama] zwróciła się do nich: Jak wy możecie bić? Przecież to jest jeszcze dziecko... To moja mama została wywleczona z szeregu, pobita do nieprzytomności. Esesman ciągnął za nogę, głowa tak się turlała po kamieniach, po ziemi... I została wrzucona do bunkra. Siedziała w tym bunkrze, tam też była katowana. I po iluś tam dniach została zwolniona. Takie sceny podobne powtarzały się. Jednego razu mama została umieszczona w bunkrze, dali jej słonej wody do picia i nic, ani do jedzenia, ani do picia. To ja się tam podkradałem z narażeniem własnego życia, bo tam wartownik chodził. Musiałem tak pilnować, żeby wykorzystać ten moment, kiedy on jest oddalony i podawałem mojej mamie przez dziurkę od klucza, przez słomkę z butelki wodę. W ten sposób utrzymywałem matkę przy życiu. Była tam bita. Po jakimś czasie została zwolniona z bunkra.
Esesmani i funkcyjni, choroby - śmierć w obozie
Organizowali następny transport do obozu Muhlthal czyli Smukała. Jak wyładowani zostaliśmy na stacji Maksymilianowo, to na takiej polanie nas posadzili i czekaliśmy. Jak przyjechali z Muhthal, to ci z obozu Lebrechtsdorf wskazali na nas i coś tam mówili. Czyli wskazali, żeby się nami odpowiednio zaopiekowali. Jak zostaliśmy umieszczeni w obozie, to moja mama znowu była w bunkrze więziona. Raz próbowali ją topić w Brdzie, bo tam przepływała Brda, z jednej i z drugiej strony był obóz, ale jakoś..., ja tam mamę ratowałem. Którymś razem, to było w grudniu 1942 roku, jak została zamknięta w bunkrze... Jeszcze przedtem komendant obozu wykrzykiwał, że "dla takiej polskiej świni szkoda kuli" i została siekierą zamordowana. Jak mama siedziała w tym bunkrze, to siedziała po przeciwnej stronie Brdy i jak nas na obiad prowadzali, to ja zawsze próbowałem odskoczyć i tam była taka klapa, i wołałem tam. Trochę tam rozmawialiśmy. W dniu 15 grudnia podszedłem tam i jęki tylko były. A wydali dokument, że 16 grudnia zmarła. Ale potwornie była tą siekierą... Powiedzieli mi, ci co chowali ją. Pozostałem z ojcem tylko.
Choroby - śmierć w obozie
Przewieziono nas do Lebrechtsdorf z powrotem. Umieszczono nas w nowym obozie. To już był obóz budowany na wzór obozów koncentracyjnych. Umieszczono nas w baraku męskim numer 10. Także ja musiałem pracować na równi z dorosłymi mężczyznami, a tracąc moją mamę miałem 13 lat. I mój ojciec zachorował znowu i został umieszczony na baraku 19, to był barak koło szpitala. Najpierw był w szpitalu, a potem w tym baraku 19, to w tym baraku wykańczali, na wykończenie tam umieszczali. I ojciec został zamordowany zastrzykiem przez esesmana w dniu swoich urodzin. Skończył 54 lata. 2 czerwca się urodził i 2 czerwca zginął. Mama została pozbawiona życia w wieku 47 lat. Pozostałem sam. Byłem pełnym sierotą mając 14 lat.
Żywność w obozie, głód
W Smukale straszny głód był. Dawano nam na tydzień takie dwa chlebki na osobę, jak były dwie osoby, to trzy chlebki tylko. One były pieczone z trocin i ziemniaków. Zjadało się to... Jak otrzymywaliśmy, to zjadało się na kolację. Raz się człowiek najadł. A potem to niby te obiady... Były okresy, że jak na wiosnę otwierali kopce, to segregowane ziemniaki, te maleństwa, które były, to gotowali, brudne takie wrzucali do kotła i dostawało się takie dwa ziemniaczki. Zmarznięte. Tak jak ślimak, takie były śliskie. Dostawało się dwa ziemniaczki i ćwierć litra wody, co te ziemniaki były ugotowane, bez soli, bez niczego. A prowadzili nas prawie jeden kilometr na ten obiad, bo obóz był z jednej i drugiej strony Brdy. Jak przychodziło się, człowiek wciągnął to, wodą popił i to było wszystko. Ja tam z głodu... Była możliwość, że tam nad rzeką można było zrobić sobie ognisko. Ja zrobiłem ognisko, tam więcej było takich i gałązki opalaliśmy, i jedliśmy ten węgiel drzewny, żeby zaspakajać głód. A zielska to nigdzie nie znalazło się, bo to wszystko było wyskubane, wyjedzone.
Esesmani i funkcyjni
Jak pracowałem w ogrodnictwie, lżejszą pracę miałam. Tam było nas 17, taka kolona. Najstarszy miał 17 lat. Wozy ciągnęli ludzie, tam nie było, że konie ciągnęły, tylko ludzie ciągnęli i pchali, jedni ciągnęli, drudzy pchali. Nie używali Niemcy koni, tylko ludzie robili. Pod kopce podjeżdżali. Ten wybrał ileś tam ziemniaków z kopca, a ja w cieplarni piekłem te ziemniaki. Ówczesny komendant obozu Oberstumbannführer Link złapał tego. "Gdzie on te ziemniaki wozi?". On się nie przyznał, wzięli nas wszystkich i przed komendę zaprowadzili. Potem zaprowadzili nas do baraku. Tam mieli narzędzia do tortur. Najpierw przyszli kapo i oczywiście wyzwiskami: Wy..., sku..., tacy i owacy! Ziemniaków wam się zachciało. I najpierw zaczęli bić tego przyłapanego. On się nie przyznawał. Przekładali go na kozła. Takie kozły do bicia były. Człowiek był skrępowany, że się nie ruszył. Był taki Link cały, taki grubas, stał rozkraczony i jak mówił, że mają pięć, czy 10 uderzeń dać, to jak on mówił pięć, to oni bili 10, jak on mówił 10, to oni bili 20. Potem zdejmowali go i znowu miał się przyznawać, tracił przytomność, oblewali go wodą, i znowu miał się przyznawać. Potem, jak z niego nic nie można było wydostać, to rozwścieczony ten cały Link mówi: dla każdego po 25. Byliśmy przekładani na ten kozioł, to każdy z nas dostał po 25. Spodnie popękane tak, jakby brzytwą pokroił. Zapowiedziano nam, że jeśli którykolwiek z nas poszedłby do lekarza, to zaraz dostanie drugą taką porcję. Także musieliśmy iść zaraz dalej do pracy.
 
Dom Spotkan z Historią Ośrodek Karta Ośrodek Karta EACEA