Zapomniane Obozy
 
Alfons Andrzejewski
Urodził się 1 sierpnia 1922 w Małociechowie koło Świecia. Ojciec był sołtysem i miejscowym społecznikiem. Przed wojną pan Andrzejewski skończył szkołę powszechną w rodzinnej wsi, potem uczył się w szkole rolniczej w Świeciu. We wrześniu 1939 rodzina uciekała przed niemieckimi wojskami na wschód, powróciła do domu w połowie miesiąca. Rodzice nie zgodzili się podpisać volkslisty, w związku z tym 15 listopada 1941 cała rodzina została wysiedlona do obozu w Smukale. W obozie pan Andrzejewski wykonywał prace budowlane, potem zatrudniony był razem z ojcem jako stolarz, wyrabiał trumny. W kwietniu 1942 został wysłany do pracy przymusowej w dużym majątku pod Malborkiem. Po kilku miesiącach (w styczniu 1943) trafił do obozu w Potulicach, zatrudniony był m.in. przy budowie mostu na kanale bydgoskim, a następnie został wysłany do Gdyni, do warsztatów naprawczych samolotów. W lutym 1945 przed zbliżającym się frontem cała fabryka została ewakuowana do Niemiec, w okolice Magdeburga. Po wyzwoleniu w kwietniu 1945 pan Andrzejewski przebywał w obozie dla przesiedleńców w Hanowerze. Powrócił do Polski, do rodzinnego Małociechowa. W latach 60. przeniósł się do pobliskiego Parlina, prowadził własne gospodarstwo rolne, aktywnie uczestniczył w życiu społecznym i kulturalnym miejscowości, m.in. współtworzył kółko teatralne, był prezesem miejscowych kółek rolniczych. 
 
Pan Alfons Andrzejewski (stoi, po prawej) razem z ojcem i kuzynostwem, koniec lat 30.
Alfons Andrzejewski w swoim domu podczas nagrania relacji.
Alfons Andrzejewski przed swoim domem w dniu ngrania relacji.
Przyczyny aresztowania, uwięzienie i transport do obozu
Ruszyliśmy wszyscy do Pruszcza. Na taką salę wszystkich wezwali, z drugich wiosek pozwozili. Całe rodziny tam były przywożone. Małe dzieci, jęk, płacz był, bo to wszyscy zbudzone w nocy, niewyspane. I tam musieliśmy czekać na transport. Ludzi było za dużo, więc podepchnęli chyba trzy wagony kolejowe i musieliśmy wziąć swoje bagaże i ten kawałek pieszo... Na wagony się zapakować. Jak załadowali wszystkich, obstawili całą drogę, gnali tak jak bydło. Z dołu ciężko było wejść, bo to ludzie starsze. Wejść w te wagony. Pełne były. I zajechaliśmy przez dwie stacje - Kotomierz, Maksymilianowo. W Maksymilianowie stanął i trzeba było wszystko wyładować. I wszystkie bagaże na jedną pryzmę wyrzucili. Każdy handtasche mógł wziąć, czyli ręczny bagaż. Obstawili cały rząd. Tych czarnych, wojska przyszło więcej. I zaczęli pędzić do Smukały. Tam przeszło sześć kilometrów drogi było.
Smukała
Warunki życia w obozie
Zagnali do tej owczarni, tam nocowaliśmy. Ale tam było ciężko, bo przyszły przymrozki w nocy. Tam nie było stropu, tylko dach. Tyle ludzi przyszło, to para była i w nocy mróz, to zamarzło, lód zrobił się pod dachem. Jak rano wszyscy wstali, każdy pod tym kocem, czy pierzyną, to trochę ciepła wypuścił. Jeszcze cieplej zrobiło się i to zaczęło tajać, i padał deszcz. Cały dzień deszcz padał. Wieczorem przestało padać, bo zmarzło. Jak szliśmy, to te rzeczy skudliliśmy, by jak najmniej miejsca zabierały, czymś przykryliśmy. Trochę słomy było, na słomie spało się. I z tego gnój się zrobił, bo z góry mokre, nie wyschło i na tym spało się. Przywieźli tutaj jeszcze rodziny z lubawskiego, Nowe Miasto, z Lubawy. I nie mieli gdzie, nas wygnali mężczyzn do obory do spania, do starej obozy. A w tej oborze było jednak lepiej, bo na takim jednym stanowisku, co krowy stały, to były dwa rzędy, nogami do siebie spaliśmy. Jeden drugiego szturchał nogami, ale jakoś tam się spało. Tam już było sucho, u góry była słoma, to ze słomy spuściliśmy i był strop, już nie kapało, było sucho. Najgorsze, jak musiał w nocy wstać. Nie mógł wyjść, bo po tych nogach. Ja byłem młody, tom wytrzymał, ale mój ojciec nie mógł wytrzymać. Ale wziął się na sposób. Miał taką butelkę z zamkiem, zawsze ze sobą brał butelkę na noc i jakoś wytrzymał do rana.
Smukała
Warunki życia w obozie
Najgorsze, że wszawica się wzięła. Ja to jeszcze miałem jako taką opiekę, bo ojciec w stolarni jakoś się trzymał. Garnuszek jakiś, tygielek sobie znalazł i zawsze pranie robił ojciec, bo matka nie miała gdzie. Matkę opierał, mnie opierał i siebie. Zawsze koszulę, co była do wyprania przygotował i zawsze wszy wygotował. Co sobotę przebieraliśmy koszulę, to wytrzymywaliśmy do poniedziałku, w poniedziałek już wieczorem zdejmowało się i polowania się robiło. W tych szewkach były. Człowiek tak się wyszkolił, że wiedział, gdzie siedzą, gdzie polować. I tak przez tydzień, do drugiej soboty żyło się. Od tygodnia do tygodnia. Ci co nie mieli okazji wygotować bielizny, to tak w tej wszawicy gnębieni byli.
Smukała
Praca niewolnicza
Do roboty wzięli mnie do Gorzyna, 6 czy 7 kilometrów od Potulic. Tam przez ten kanał bydgoski most zrobili i tam uszczelniali ten most. Porządki robiliśmy. Raz traf chciał, że koło nas kolonia karna robiła, a karna to dostali tylko chleb i wodę, litr, czy dwa litry obiadu. Tak się stało, że jednego dnia, ta karna kolonia nie przyszła do pracy. Chyba 20 chłopa. I nas było też 20. Dwa karne obiady były, ich nie było. Ich nie było. Mieliśmy takiego wachmana, czyli strażnika, że pozwolił, że my to mamy zjeść. Cztery litry obiadu, każdy zjadł na jeden obiad. To był kapuśniak pamiętam, i to nie była sama woda, jak to w obozie dawali. Już na wynos zawsze był trochę lepszy obiad. I to człowiek potrafił tyle zjeść.
Potulice
Żywność w obozie, głód
Najgorzej było w Smukale, jak nas zawieźli, to brukiew przywieźli. To był grudzień, mroźny dzień był. Oni tam zaczęli nosić, trzeba było przenieść na noszach, czy jak tam się dało do piwnicy, do kuchni. A kuchnia była po tej stronie Brdy. Niemcy się nie zgodzili, bo by ludzie uciekli. I nie dało nosić, musiało zostać do drugiego dnia. A przyszedł taki mróz w nocy, że ona przymarzła. Jak ją nieśli do piwnicy za dzień lub dwa, to jeszcze było, ale później ona zaczęła tam gnić, bo odtajało, to swąd był. I tak gotowali dla ludzi. Jak miskę brali, to było widać: woda oddzielnie i brukiew oddzielnie, dno było widać. A na ten kocioł 70 litrowy kostka margaryny była pokrojona. Ja miałem chleba pod dostatkiem, bo brat był na wolności, ojciec miał dość liczną rodzinę, to zawsze ktoś znalazł się, że coś podwiózł. A tutaj jeszcze tak mocno nie pilnowali, to zawsze ktoś w niedzielę przyjechał i bochenek chleba przywiózł. Nawet mogłem drugich poratować. Miałem takiego kolegę, był rok starszy ode mnie. Jak jechaliśmy do obozu, to zawsze mówił: "nim ja zbiednieje, to ten chudy już umrze". A ja byłem tak dość słaby wtedy. A on wytrzymał tylko do czerwca... i poszło. Mówiłem: "Bernard, ja ci dam chleba." "Nie, to co dadzą, to musi starczyć!" Taki był honorowy, że nie wziął. I tą brukwią żył i nie wytrzymał. Nie wytrzymał.
Smukała
Pierwszy dzień w obozie
Posłuchaj:
Potulice  
Esesmani i funkcyjni
Posłuchaj:
Smukała  
Warunki życia w obozie, praca niewolnicza
Posłuchaj:
Smukała  
 
Dom Spotkan z Historią Ośrodek Karta Ośrodek Karta EACEA