Zapomniane Obozy
 
Praca niewolnicza, choroby - śmierć w obozie / Władysław Michalik
Pewnego razu przywieźli do obozu trzy samochody. To było w 1944 roku. Pracowaliśmy przy baraku i widzieliśmy to, bo patrzyliśmy przez szpary. Przyszedł Niemiec i powiedział: "Dwadzieścia ludzi do wyładowania trzech samochodów". Zrobiłem więc zbiórkę i poszedłem, bo ciekawy byłem co tam w tych samochodach jest! Otwieramy, a tu same trupy. Trupy w samochodzie były piaskiem zasypane. Były to zwłoki różnych osób: jedna kobieta była w butach oficerkach, była młoda - może miała 22 lata! Tak elegancko była ubrana, bo przed wojną  te buty były w modzie. Nawet był taki chłop, co łajna krowie miał na butach. Jak go złapałem, żeby go wyciągnąć, to sobie ręce ubrudziłem. Podobno, że tam gdzieś pod Kielcami partyzanci wysadzili pociąg lub uszkodzili coś, i dlatego Niemcy zastrzelili tam przypadkowe osoby. Około pięćdziesięciu ludzi tam zastrzelonych przywieźli wtedy do obozu, a myśmy ich rozładowywali. Na Koziej Górce było takie zagłębienie, paliło się tam dzień i noc! Był tam chrust, drewna, odpadki. Ten Niemiec powiedział do nas: "Uskładać warstwę trupów i warstwę tego drzewa". Dali dwa kanistry benzyny i Żydów tam posłali. Żydzi zlali te trupy benzyną. A jak je polali i zapalili, to zamiast uciekać w drugą stronę, uciekali do góry, gdzie było stromo. Wpadali więc do tego dołu, a jak wpadli to już nie wyszli, spalili się. A jeszcze wcześniej, kiedy stałem przy tych samochodach znieruchomiałem i trochę struchlałem. Wtedy ten Niemiec tak mnie uderzył w plecy, że szybko wyskoczyłem na ten samochód.
Warunki życia w obozie, choroby - śmierć w obozie / Halina Skalbmierska
Nas przywieziono do Żor. Przyjechał lagerführer właśnie na rowerze po nas. Był też strażnik i furmanką nas wieźli. Przyjechaliśmy do Żor. W Żorach to był taki barak gdzie raz konie były, lagerführer był właśnie miłośnikiem koni, ale te konie potem przenieśli. Bardzo duża taka sala była i tam właśnie na górze to mieszkali ci wachmani, co pilnowali, i lagerführer też miał pokój. A myśmy byli w tym baraku, ten barak był niski, w ogóle podłoga była z cegieł wykładana. Był bardzo prymityw: okienka były tylko takie maleńkie jak w stajni. Jeśli chodzi o mycie to było po jednej ścianie koryto takie betonowe i kurki były. Tam się umyło i to wszystko. Na tym baraku były dwa piece: jeden był z początku baraku i drugi był na końcu, duży piec, gdzie tam palili w piecu. I ja korzystałam właśnie z tego, bo Wiesiu bardzo zachorował tam, bardzo. Głowę miał taką jak galaretę, w ogóle wrzody go obsypały, świerzb dostał. Nawet ten lagerführer, ten wachman i ta siostra mówią: On tego nie przetrzyma. Ale okazuje się, że te panie ze Szczyrku, co tam były, to one miały wanny i garnki, doradziły mi, żeby wodę grzać i żeby go kąpać, żeby mu polewać główkę tą ciepłą wodą. No i faktycznie tak mu polewałam, że  potem te wrzody mu pękały.
Choroby - śmierć w obozie / Teodor Stawski
Moja siostra najpierw leżała w szpitalu, miała biegunkę. Jak ona wyzdrowiała, to ja się rozchorowałem na zapalenie płuc. Leżałem tam i wyzdrowiałem. Jak z zapalenia płuc się wyleczyłem, to od razu pierwszego dnia koledzy mnie wzięli na blok, do pałacu, bo to jeszcze było w starym lagrze. Spociłem się, ostygłem i na nowo. Na drugi dzień nie wstałem, temperatura wysoka, czerwony cały, słaby. Już o własnych siłach nie mogłem iść. Nie wiem czy tego samego dnia, czy następnego matka mnie ubrała w taki długi płaszcz, pod jedną rękę matka, pod drugą taki Alfred Werner mnie wziął, i idziemy z powrotem do szpitala. I mieliśmy pecha, bo akurat obok doktora siedział gestapowiec, który miał ten odcinek pod sobą. Grubas, rozwalony bezczelnie. Kolega mnie trzyma, a matka mówi: "Panie doktorze, syn znowu jest chory". A ten gestapowiec się odezwał po niemiecku: "Tego pan jeszcze chce przyjąć? On ma galopujące suchoty". Lekarz mówi: "Słyszała pani, pani Broniu, kwestia tygodnia, dwóch". Matka zaczęła płakać. Przyszła do baraku zrozpaczona. A kobiety dostawały dla niemowlaków i małych dzieci ileś gram mleka. Każda kobieta powiedziała: "Pani, ja z mojego mleka odstąpię pani łyżkę stołową". Kilka łyżek matka zebrała i pamiętam jak dzisiaj, jak parzyły mi herbatę z tym mlekiem i przykładali gorące cegły do nóg, bo w baraku żeśmy leżeli. Jakoś się wykaraskałem. Stałem kiedyś przed barakiem i ten lekarz szedł sobie pieszo. I mówi zdziwiony: "To ty jesteś ten, co ci mówiłem, że masz galopujące suchoty?" Mówię, że tak. On mówi: "No to teraz możesz być dziesięć lat w lagrze i ci nic nie zagrozi".
Choroby - śmierć w obozie / Helena Sznerch
W Dzierżązni myśmy z kolei w polu ciężko pracowali: kamienie żeśmy zbierali, buraki plewili, wyciągali buraki jesienią. Boso, szron już był, nogi i ręce mieliśmy takie, jakbyśmy parchy mieli. A to ból był, jak człowiek chciał umyć, zamoczyć wodą tylko troszeczkę. Pieczenie niemiłosierne. Ale z biegiem czasu wyleczyliśmy to własnym moczem. Myśmy sikali na własne ręce, żeby je jakoś wyleczyć. Tak nam doradziła taka pani Jadzia na Dzierżązni, która nas pilnowała.
Praca niewolnicza, choroby - śmierć w obozie / Tadeusz Brzeczko
Niemcy, jak nas pędzili do kopalni, to nam dawali najbardziej niebezpieczne stanowiska pracy - tam Niemcy nie szli, ci Ślązacy, bo oni też byli volksdeutchami. Jak nas tam zaprowadzili - trzysta osób, czterysta - to codziennie nieraz dziesięciu, pięciu nie wróciło. Bo tam opadały te skały i były katastrofy. A Niemcom to było na rękę. Bo teraz, jak zginie górnik, to zaraz jest komisja i bada przyczyny, a tam, za okupacji niemieckiej zginął i... To zwłoki zabierano tam widocznie do Oświęcimia, czy do tej kopalni wrzucili, co wodą była zalana... I to było codziennie, codziennie. Nieraz było tak, że i dwudziestu nie wróciło, nieraz pięciu, różnie. A zresztą, jak ktoś był ranny, to też nie było tam lekarza. Była taka rana, że dotąd trwało zakażenie, aż się wykończył. Jak teraz jest kopalnia, to ona ma i lekarzy, i sanitariuszy, i pielęgniarki, a tam nie było. Pędzili do pracy... No, a oprócz tego, to rozstrzeliwali. Bo tam była taka ściana stroma i jak ja byłem w swojej celi, to przez okno widziałem jak ci ludzie stanęli pod tą ścianą, ręce do góry mieli podniesione, a tu byli ci Niemcy i rozstrzeliwali z karabinu. Przeważnie tutaj strzelali. I to było słychać u nas, ten wystrzał. Jak myśmy słyszeli te strzały, to już wiedzieliśmy. A tam w obozie rozstrzeliwali za byle co.
Choroby - śmierć w obozie / Stanisław Krawański
W Toruniu był mały obóz, a umieralność była bardzo wielka. Warunki były straszne. Przede wszystkim szerzyły się bardzo wszawica, świerzb, żółtaczka i tyfus. Jak wybuchła epidemia tyfusu, Niemcy zamknęli wszystkich w barakach, pozamykali i nie wypuszczali. Postawili kubły do załatwiania się, kazali wnieść po takim dużym kuble i zamknęli, i nie wypuszczali nikogo. Tylko rano i wieczorem wynosili tych, którzy poumierali. Ale nie Niemcy, tylko więźniowie musieli to wszystko wynosić.
Warunki życia w obozie, choroby - śmierć w obozie / Józefa Posch-Kotyrba
Stamtąd nas później przewożono, właściwie trudno powiedzieć gdzie. Są w dokumentach różne miejsca. Pamiętam jeden - teraz wiem, że to był rzekomo Polenlager Kietrz, mówiło się Katscher. Tam przebywali dorośli, którzy wychodzili do pracy - to jest podobno obecna fabryka dywanów w Kietrzu. Nas dzieci tam była garstka, wiec była taka umowa, że każde dziecko miało swojego opiekuna wśród dorosłych. Mną i siostrą opiekowała się taka pani Felusiowa, która miała trochę upośledzonego syna, a bratem jakaś pani Królowa z Suchej, garbata. Także każde dziecko miało taką opiekę. Rygor był tam bardzo duży, warunki liche: myliśmy się w zimnej wodzie. Tam była tak zwana ciemnica, gdzie za jakiekolwiek drobne przewinienie zamykano dzieci. Częstym widokiem, który pamiętam, to był widok, że w kocu nieśli umarłego. To oznacza, że zgony tam dosyć często następowały. Było takie pomieszczenie pod schodami, gdzie nas dzieci na chwilę zajmowano tak zwaną szkołą - uczyliśmy się liczyć do dziesięciu. A czasami wyprowadzano nas za bramę i wtedy na ulicy spotykaliśmy dzieci tamtejsze, które się bawiły, wózki z lalkami woziły, a myśmy szły parami i nie wolno było nam nawet urwać zielonego groszku jeśli rósł w polu.
Choroby - śmierć w obozie / Józef Szmigiel
W Raciborzu zachorowałem na zapalenie ucha środkowego. Otarłem się o śmierć, dlatego że bardzo wysoko gorączkowałem z powodu tego bólu. Nie było mowy o tym, żebym mógł coś jeść i tak dalej. Pamiętam, otulano mnie w mokre prześcieradła, żeby mi tę temperaturę zbić i tak leżałem. Mama mówi, że po siódmym dniu takiego cierpienia, trzymania mnie w tych prześcieradłach, wreszcie zasnąłem. Okazało się, że mi z ucha poleciała ropa. Jak mnie leczono: stare kromki pieczywa moczono w mleku gorącym i to przykładano. Nie było mowy o tym, żeby przyszedł jakiś lekarz, żeby mi dał jakieś leki, czy żeby mnie zabrano do szpitala.
Esesmani i funkcyjni, choroby - śmierć w obozie / Franciszek Wojczyński
Organizowali następny transport do obozu Muhlthal czyli Smukała. Jak wyładowani zostaliśmy na stacji Maksymilianowo, to na takiej polanie nas posadzili i czekaliśmy. Jak przyjechali z Muhthal, to ci z obozu Lebrechtsdorf wskazali na nas i coś tam mówili. Czyli wskazali, żeby się nami odpowiednio zaopiekowali. Jak zostaliśmy umieszczeni w obozie, to moja mama znowu była w bunkrze więziona. Raz próbowali ją topić w Brdzie, bo tam przepływała Brda, z jednej i z drugiej strony był obóz, ale jakoś..., ja tam mamę ratowałem. Którymś razem, to było w grudniu 1942 roku, jak została zamknięta w bunkrze... Jeszcze przedtem komendant obozu wykrzykiwał, że "dla takiej polskiej świni szkoda kuli" i została siekierą zamordowana. Jak mama siedziała w tym bunkrze, to siedziała po przeciwnej stronie Brdy i jak nas na obiad prowadzali, to ja zawsze próbowałem odskoczyć i tam była taka klapa, i wołałem tam. Trochę tam rozmawialiśmy. W dniu 15 grudnia podszedłem tam i jęki tylko były. A wydali dokument, że 16 grudnia zmarła. Ale potwornie była tą siekierą... Powiedzieli mi, ci co chowali ją. Pozostałem z ojcem tylko.
Choroby - śmierć w obozie / Franciszek Wojczyński
Przewieziono nas do Lebrechtsdorf z powrotem. Umieszczono nas w nowym obozie. To już był obóz budowany na wzór obozów koncentracyjnych. Umieszczono nas w baraku męskim numer 10. Także ja musiałem pracować na równi z dorosłymi mężczyznami, a tracąc moją mamę miałem 13 lat. I mój ojciec zachorował znowu i został umieszczony na baraku 19, to był barak koło szpitala. Najpierw był w szpitalu, a potem w tym baraku 19, to w tym baraku wykańczali, na wykończenie tam umieszczali. I ojciec został zamordowany zastrzykiem przez esesmana w dniu swoich urodzin. Skończył 54 lata. 2 czerwca się urodził i 2 czerwca zginął. Mama została pozbawiona życia w wieku 47 lat. Pozostałem sam. Byłem pełnym sierotą mając 14 lat.
Choroby - śmierć w obozie / Jacek Kisielewski
Mniej więcej w każdym tygodniu był w obozie pogrzeb i już doszło do takiej tradycji, że z którejś parafii wzywano księdza, a jakiś pan, być może zakrystian czy kościelny, przynosił krzyż. Takich chłopców jak ja, dwóch albo czasami czterech chłopców, ubierano w komże i szliśmy za tym księdzem. A własna stolarnia wykonywała zwykle taką z sześciu desek, prostą trumnę i w niej wyprowadzało się zwłoki. Chociaż z drugiej strony muszę przyznać, że Niemcy kierowali niektórych chorych do tak zwanych lazaretów i prowizorycznych szpitali, gdzie coś ich tam leczono.
Choroby - śmierć w obozie / Maria Podrez
Posłuchaj:
Choroby - śmierć w obozie / Emilia Małecka
Posłuchaj:
Choroby - śmierć w obozie / Julia Zawalna
Posłuchaj:
Esesmani i funkcyjni, warunki życia w obozie, Żywność w obozie, głód, choroby - śmierć w obozie / Adolf Kasprzyk
Posłuchaj:
Choroby - śmierć w obozie / Adela Betlewska
Posłuchaj:
Choroby - śmierć w obozie / Czesław Szwajka
Posłuchaj:
Choroby - śmierć w obozie / Jan Makuch
Posłuchaj:
Choroby - śmierć w obozie / Wiktor Woźniak
Posłuchaj:
Kontakty z ludnością cywilną, choroby - śmierć w obozie / Wiktor Woźniak
Posłuchaj:
Esesmani i funkcyjni, choroby - śmierć w obozie / Irena Lasoń
Posłuchaj:
 
Dom Spotkan z Historią Ośrodek Karta Ośrodek Karta EACEA